Warta, Noteć 2011
Doświadczenia z poprzedniego roku, wspaniałe wspomnienia, przeżycia na szlaku kazały mi powtórnie wybrać się na spływ. Wybór padł na Wartę. Co prawda już nią płynąłem ale jest to tak urokliwa rzeka, przynosząca ciągle nowe niespodzianki, iż postanowiłem powtórzyć ten szlak.

Moje wyposażenie biwakowo – kuchenne, nawigacyjne i inne szpeje sprawdziły się na Bugu w stu procentach. Warta jest rzeką brzegowo bardziej zaludnioną, z większą ilością miejscowości na szlaku, lepszym zaopatrzeniem, a nawet z prowizorycznymi marinami. Słowo prowizoryczne winno się pisać dużymi literami. Tylko słynna marina Ląd za Koninem jest naprawdę przyzwoita. Przez dwa dni nie gotowałem obiadów a żyłem jak panisko.

23 czerwca /niestety święto/ transport do Uniejowa. Jest to pierwsza miejscowość za zbiornikiem Jeziorsko z której można rozpocząć spływ. Wcześniejsze rozpoczynanie spływu Wartą wymaga bardzo trudnej przenoski przez zaporę w Jeziorsku. Chciałem sobie tego oszczędzić ponieważ przenoska dla mojego YACHTU to obowiązkowy transport i przyczepa. Uniejów to śliczne, czyste i zadbane miasteczko które posiada źródła solankowe wykorzystane do celów leczniczych.

Tam też po wielu latach widziałem 24 czerwca puszczanie wianków z okazji św. Jana. Ten duży konkurs na najlepszy wianek uprzytomnił mi że tradycja w nardzie nie ginie. Później na szlaku przez wiele kilometrów spotykałem te wianki.

25 czerwca ruszam na szlak. Nawigacja jest stosunkowo łatwa ale wymaga uwagi i cierpliwości w zasadzie na całym odcinku. Pierwszy etap to Koło i Konin do mariny Ląd. Pogoda różna ale na ogół sprzyjająca. Bardzo utrudniały żeglugę przeciwne wiatry. Początkowo z północnego – zachodu a później z zachodu. Nieraz masz takie szczęście że stale wieje ci w twarz choć żeglarze określają to inaczej.

Po krótkiej przerwie w Lądzie odcinek do Poznania. Jest jeden z bardziej malowniczych fragmentów Warty. Przeżyłem prawdziwie męską przygodę gdy pewnego dnia swój biwak rozbiłem na ładnej nadrzecznej półce a za plecami miałem rozlegle pastwisko. W pewnym momencie zauważyłem stado klacz z młodymi źrebakami które postanowiło mnie odwiedzić. Kiedy jedna z nich zabrała się za konsumpcje mojego nieocenionego fotela próbowałem zaprotestować ale moja znajomość języka końskiego jest żadna. Nawet określenia z tzw. psiego języka okazały się nieprzydatne. Dopiero interwencja właściciela, który zajechał całkiem przyzwoitym samochodem, okazała się skuteczna. Do późnego wieczora próbował mnie końskiego języka nauczać co szło nam coraz lepiej.

Przed Poznaniem niebo otworzyło wszystkie wodne zawory. Już dawno tak nie przemokłem. Mój daszek jest tylko od słońca i w najlepszym przypadku ochrania głowę od deszczu. Poznań minąłem z marszu. W tym dużym mieście nie ma ani jego miejsca gdzie można zacumować. Dopiero w Czerwonaku znalazłem miejsce na biwak. Niż był jednak rozległy i przez dwa dni wisiały ołowianki pełne wody. Ale jak to w życiu po niżach są wyże i trzeba ruszać na szlak. Nad brzegami wspaniała Puszcza Notecka. Nie wiadomo kiedy byłem w Santoku. To miejsce gdzie Noteć wpada do Warty. Został mi bez mała czterdziesto kilometrowy odcinek Noteci tym razem pod prąd. Zaczęły się nadnoteckie łąki, prawie żadnych zabudowań a ja na oparach paliwa. Z moim silniczkiem dzielnie walczyliśmy z prądem, prosiłem go aby mało palił i tak udało się nam dopłynąć do portu w Drezdenku. Jest to bardzo przyzwoity port Zarządu Dróg Wodnych. Można się było porządnie umyć, złożyć swoje bambetle w magazynie i po samochód z przyczepą do domu. Dawno nie podróżowałem pociągiem. Na trasie Krzyż – Katowice pociąg osiągnął zawrotną prędkość przeciętną 44, 5 km/godzinę. / normy europejskie / W sumie na szlaku byłem przez 24 dni, przepłynąłem ponad 440 km. Strat własnych żadnych. Odżywiałem się prawidłowo i dietetycznie / wagi mi nie ubyło / W Drezdenku spotkałem mojego starego przyjaciela ze szlaku Józefa który wraz z małżonką luksusowo z dachem i kambuzem wędrują po wodzie. No cóż – krezusi.

Być może w moim wieku trzeba tak żeglować aby horyzont był zielony w odległości 100 metrów.

Z wodniackim pozdrowieniem Zbyszek Mitręga – mały kapitan żeglugi rzecznej i szuwarowej