Bug 2010
Na miejsce rozpoczęcia spływu wybrałem WŁODAWĘ. To miejsce było najlepsze na podstawie locji i co jest bardzo oczywiste, słynie ze swojego wodowskazu. Trzeba pamiętać iż Bug jest rzeką graniczą i odcinku 120 km. płynie pomiędzy nami i Białorusią. Nie jest strefa kojarzona z Szengen. Wszyscy ludzie nawet miejscowi mają wątpliwości co do ich przyjaźni i sympatii dla naszej nacji. Po stosunkowo niewielkich korowodach otrzymałem zgodę naszej Straży Granicznej na spływ z błogosławieństwem i ostrzeżeniem - po tamtym brzegu możesz usłyszeć „ budiem strelać „ To jest bardzo demokratyczna kraina, ale na zdjęciu można zobaczyć jak granice wyznacza się płotem.

7 lipca nadszedł czas na wyjazd. Pod słupkiem kilometrowym 1137, obok słynnego wodowskazu dało się Gosię zwodować, rozbić pierwszy biwak i zostać sam na sam z przyrodą, rzeką i tylko własnymi problemami. Po drugiej stronie już Białoruś. Następnego dnia klar, pakowanie majdanu i w drogę.

Czy jest coś bardziej przyjemnego niż południowa kawa na foteliku stojącym w wodzie, gdzie można nogi wymoczyć. Stare doświadczenie wędrownicze pozwalało mi rzetelnie jadać, spać bez komarów /mam na to patent i mogę sprzedać/, z nikim nie rozmawiać, po prostu odpoczywać psychicznie.

Nawigacja na Bugu w górnym biegu jest trochę trudna ale później już od Niemirowa na terenie Polski -bezproblemowa. Opis całego szlaku i przygód byłby trudny i nudny. To trzeba po prostu przeżyć ponieważ słowa tego nie oddadzą. Poznałem wspaniałych ludzi. Ludzie mieszkający nad Bugiem, szczególnie we wschodniej jego części, są bardzo szczerzy, prości w słowach, serdeczni i gościnni.

Ich kuchnia kładzie na łopatki. Nigdy przedtem nie jadłem takich pierogów na jakie mnie zaproszono.

Hitem spływu był „Podpiwek „ To taki napój domowy robiony na drożdżach.

Najtrudniejszą przeszkodą na szlaku okazała się twierdza Brześć. Mój dziadek twierdził że była nasza ale teraz już nie jest. Komu to przeszkadzało? O ile na całej długości Bug jest rzeką graniczną i można sobie płyną po naszej stronie o tyle razem z twierdzą Brześć zabrali kawałek rzeki. Bug otaczał twierdze jako fosa obronna więc razem z twierdzą zabrali fosę. Zgody na jej przepłynięcie nie ma bo to Military Area i basta. Byłem zmuszony skorzystać z pomocy miejscowej ludności, ich przyczepy aby mój JACHT przewieźć około 8 km. Nie było to takie trudne z uwagi na wagę i rozmiary mojego urządzenia pływającego. Odliczam sobie to z drogi przebytej. Jak można było przypuszczać na całym szlaku brak jest jakiejkolwiek turystyki i żeglugi profesjonalnej. Dopiero przed zalewem Zegrzyńskim można spotkać nieliczne motorówki. Po drodze kilka wspaniałych miasteczek z wielokulturową ludnością, cerkwie a nawet meczet. Do Niemirowa – pierwszej miejscowości kiedy już dwa brzegi są polskie, zasięg telefonu komórkowego przez Białoruś. Stacje radiowe na przemian nasze katolickie lub białoruskie.

Całkiem ciekawie brzmią piosenki nowoczesne po białorusku. Po dwudziestu dniach mojej wyprawy osiągnąłem Zalew Zegrzyński. Stąd już tylko podmiejski autobus i dworzec centralny. Wyprawa po samochód i przyczepę i powrót po łódkę. W sumie przepłynąłem 436 km. od startu w Włodawie do mety w Zegrzu. Zliczone na podstawie mojego GPS. Ile czego zjadłem, ile paliwa zużyłem dokładnie nie pamiętam. Straty własne to jeden fotel turystyczny / moja waga – trudno kupiłem nowy /

Łódka sprawiła się wyśmienicie. Jest zwrotna, pakowna, stabilna a co najważniejsze jest jednoosobowa.

To był kawałek świetnie spędzonego czasu. Chyba jeszcze nie jestem taki stary kiedy sobie z tym wszystkim poradziłem.