Kanary '2007
Niewiele jest w życiu takich momentów, do których się później stale wraca we wspomnieniach.

Spełnienie marzeń z lat młodości, wieku dojrzałego jest zawsze największą satysfakcją.

Przez całe moje długie, żeglarskie życie marzyłem o tym oby oddać cumy w Las Palmas na wyspach Kanaryjskich. Kilku "szaleńców" żeglarskich pozwoliło mi te moje sztubackie marzenia zrealizować.

Kiedy w zeszłym roku jesienią zaczęły się pierwsze rozmowy na temat takiego rejsu myślałem, iż to żarty ze starego człowieka. Gdzieś jednak w grudniu siedząc w miękkim fotelu i ciepełku przypomniała mi się rozmowa z moim przyjacielem Bartkiem Tajchmanem, który zawsze marzył o rejsie do Irlandii. Pewnego dnia uzyskał odpowiedź "marzenia to za mało - bierz się do przygotowania rejsu". Nawet wiem, kto mu to powiedział.

Wówczas uświadomiłem sobie, że również moje Kanaryjskie marzenia mogą się spełnić. Wszystko zaczęło się od Pawła i Andrzeja. Potrafili przekonać do tego pomysłu pozostałych.

I tak powstała Klubowa załoga, która chciała podobnie jak ja oddać cumy w Las Palmas i zobaczyć te wspaniałe hiszpańskie dziewczyny, o których tyle piosenek napisano.

Rozpoczął się bardzo intensywny cykl przygotowań do tego żeglarskiego przedsięwzięcia. Paweł był wymagający. Testy na sprawdzenie wiedzy, opanowanie hiszpańskich komunikatów meteorologicznych, przygotowanie wydawnictw nawigacyjnych i tysiące różnych problemów. Kiedy zostały zakupione bilety nie było już odwrotu.

Ponieważ wylatywaliśmy z Berlina 17 marca /w dniu moich imienin/ przyjąłem to jako dobry znak.

Byłem przekonany, iż w takim składzie załogi będzie to wspaniały 14 dniowy rejs.

Oceniam to zdarzenie z dystansu czasu, jaki od niego upłynął. Już nigdy nie przeżyję takiej wspaniałej żeglarskiej przygody z takim zespołem. Pewnie jeszcze będzie wiele dobrych rejsów, ale TAKIEGO niż nigdy. Wprawdzie na kilka dniu przed wyjazdem z przyczyn zawodowych ze składu "wypadł" Marek Dolina, ale zastąpił go kapitan Grzesiu Dronka zwany "Odkurzaczem" /dlaczego to tajemnica zespołu/. Kapitanem na tym rejsie mogło być kilka osób z zespołu. Wybrano mnie. W tym miejscu chciałbym za to podziękować tak Pawłowi jako organizatorowi rejsu, jak i pozostałym współorganizatorom. Zdawałem sobie sprawę, iż trudno pokierować zespołem gdzie każdy jest bardzo dobry w tym, co robi. Przecież nie ma lepszego od Marka człowieka, który zarządza kasą, wyżywieniem i innymi sprawami kambuzowymi. Z ośmiu członków załogi pięciu to kandydaci do patentu jachtowego sternika morskiego. Na pokładzie dwóch kapitanów oraz jeden doświadczony sternik morski. Co w takiej załodze ma do roboty kapitan. Co ja jeszcze mogłem nauczyć Piotra, Andrzeja, Janusza czy Adama. Sam uczyłem się na tym rejsie wiele. To Atlantyk ze swoimi prawami. Długa atlantycka czterometrowa fala nie robi specjalnie wielkiego wrażenia. Do przelotów między portami rzędu 100 mil i więcej też można się przyzwyczaić. Nawigacja na pływach też jest do zgryzienia praktycznego - pewnie łatwiej niż w teorii.

Popełniłem w rejsie jeden żeglarski błąd, ale cóż ludzką sprawą jest popełniać błędy. Problemem dla mnie jest genaker. Pięknie skrojony żagiel, ładne kolory, powierzchnia około 120 metrów. Cóż z takim zrobić, kiedy się płynie baksztagiem, wieje sobie trójka a przed dziobem dużo wody. Ano trzeba go postawić i z tym nie było problemu. Jest piąta, może szósta godzina rejsu, wiaterek się wzmaga do dobrej czwórki a my papusiamy sobie obiadek. Kiedy go kończyły płyniemy już nieźle. Kadłub tnie fale jak nożem.

Nie ma co dalej szaleć trzeba zrzucić genakera. To jest błąd. Technika zrzucania przy takim wietrze. Powinna być nieco inna. Decyzja jest jaka jest. Wszyscy na stanowiskach, zaczynamy działanie, ale złośliwa knaga zaciskowa nie chce puścić fału. Krótkie szamotanie i palec jednego z nas ląduje między fałem i kabestanem. Wówczas można się było przekonać co znaczy dobra doświadczona załoga oraz sprawny jacht. Za godzinę byliśmy w porcie gdzie skok pływu nie postawi nas na balaście. Czekało na nas już pogotowie ratunkowe a poszkodowanemu udzielono pomocy lekarskiej. Czy mogło się to nie zdarzyć. Twierdzę, iż mogło. Ale wówczas nie przewidziałem takiej sytuacji. To zdarzenie odpowiedziało nam również na pytanie "czym jesteśmy dla siebie". To było wspaniałe, kiedy każdy, w każdym czasie i w każdym miejscu pomagał naszemu przyjacielowi na tyle ile on tej pomocy od nas oczekiwał. I nie sprowadza się to tylko do tego, że Marek mydlił mu i mył plecy, ktoś pomagał mu się ubierać. Późniejszy oficer kulturalno - oświatowy znakomicie wywiązywał się ze swoich obowiązków.

Zobaczyłem wspaniały rejon żeglarski. Byłem w portach, o których w przeszłości mogłem tylko marzyć. Stąd przecież wyruszają na swoje atlantyckie szlaki całe pokolenia żeglarzy - wędrowców. Przygód było, co niemiara. A to regionalna kuchnia, a to wspaniałe widoki wygasłych wulkanów, przepiękne krajobrazy, wspaniała przyroda, ale największe wrażenia zrobiła na mnie ludzka praca. Kiedy widziałem wspaniale zagospodarowane wyspy, drogi, mariny to zastanawiałem się, dlaczego u nas - kraju członkowskim Unii nie można tego wszystkiego zrobić. Przecież Hiszpanie też kilka lat temu zostali do tej Unii przyjęci. Czas płynął jednak nieubłaganie.

Minęło czternaście dni i trzeba wracać do domu. Na zakończenie wspólna kolacja kapitańska, zupa grzybowa na grzybach z Polski oraz inne wspaniałości. Jeszcze mam w uszach ostatnią komendę:

"Banderę opuść"

Mój, duży przecież worek żeglarski, nie mógł się dowiązać z powodu nadmiaru wrażeń jakich doznałem. Mimo upływu czasu ciągle mam przed oczami ten rejs, wspaniałą załogę, czuję klimat tamtych dni, wspominam rozmowy z messy, nasze wrażenia z parku wulkanicznego i to wszystko co razem przeżyliśmy.

Wówczas potwierdziło się jeszcze raz nasze prawdziwe hasło:

NIE WAŻNE GDZIE, NIE WAŻNE NA CZYM, NAJWAŻNIEJSZE JEST Z KIM