Rejsowych wspomnień czar
Moje wyposażenie biwakowo – kuchenne, nawigacyjne i inne szpeje sprawdziły się na Bugu w stu procentach. Warta jest rzeką brzegowo bardziej zaludnioną, z większą ilością miejscowości na szlaku, lepszym zaopatrzeniem, a nawet z prowizorycznymi marinami. Słowo prowizoryczne winno się pisać dużymi literami. Tylko słynna marina Ląd za Koninem jest naprawdę przyzwoita. Przez dwa dni nie gotowałem obiadów a żyłem jak panisko.
23 czerwca /niestety święto/ transport do Uniejowa. Jest to pierwsza miejscowość za zbiornikiem Jeziorsko z której można rozpocząć spływ. Wcześniejsze rozpoczynanie spływu Wartą wymaga bardzo trudnej przenoski przez zaporę w Jeziorsku. Chciałem sobie tego oszczędzić ponieważ przenoska dla mojego YACHTU to obowiązkowy transport i przyczepa. Uniejów to śliczne, czyste i zadbane miasteczko które posiada źródła solankowe wykorzystane do celów leczniczych.
7 lipca nadszedł czas na wyjazd. Pod słupkiem kilometrowym 1137, obok słynnego wodowskazu dało się Gosię zwodować, rozbić pierwszy biwak i zostać sam na sam z przyrodą, rzeką i tylko własnymi problemami. Po drugiej stronie już Białoruś. Następnego dnia klar, pakowanie majdanu i w drogę.
Wychowany w duchu harcerskiego wodniactwa zawsze uważałem i uważam, że harcerze i w ogóle młodzi ludzie powinni więcej czasu poświęcać turystyce i poznawaniu własnego kraju, jego przyrody, innych ludzi. Jako wodniak wybierałem zawsze szlaki wodne co jest oczywistym. Kiedy na początku lat 60-tych po raz pierwszy popłynąłem Wartą z Krzepic do Bydgoszczy na własnoręcznie zbudowanych kanadyjkach wiedziałem, iż ta pasja pozostanie mi do końca życia. Tak też się stało.
Spełnienie marzeń z lat młodości, wieku dojrzałego jest zawsze największą satysfakcją.
Przez całe moje długie, żeglarskie życie marzyłem o tym oby oddać cumy w Las Palmas na wyspach Kanaryjskich. Kilku "szaleńców" żeglarskich pozwoliło mi te moje sztubackie marzenia zrealizować.
Kiedy w zeszłym roku jesienią zaczęły się pierwsze rozmowy na temat takiego rejsu myślałem, iż to żarty ze starego człowieka. Gdzieś jednak w grudniu siedząc w miękkim fotelu i ciepełku przypomniała mi się rozmowa z moim przyjacielem Bartkiem Tajchmanem, który zawsze marzył o rejsie do Irlandii. Pewnego dnia uzyskał odpowiedź "marzenia to za mało - bierz się do przygotowania rejsu". Nawet wiem, kto mu to powiedział.
Takie stwierdzenie padło, a więc do roboty. Całe towarzystwo zdecydowało się na spróbowanie swoich sił w nartach wodnych.
Naszym instruktorem został Marek - notabene rewelacyjnie wykonujący ewolucje na wodzie. Żeby nie zanudzać w załączeniu kilka fotek.
Powiem tylko tyle - było fantastycznie, nikt nie liczył siniaków, nadciągnięć mięśni czy nabitych guzów. Liczył się efekt do zdjęcia i determinacja.
Strona 1 z 3
- Start
- poprz.
- 1
- 2
- 3
- nast.
- Zakończenie

